Nie mam jakos weny na pisanie i mam malo czasu przed odjazdem autobusu,
wiec postaram sie szybko opisac, co mniej wiecej wydarzylo sie od mojego
przyjazdu do Ayutthayi. Przede wszystkim porzucilam moja przemyslana
decyzje, ze nie jade do Laosu i podjelam nieprzemyslana decyzje, ze
jednak tam pojade. Wlasnie jestem w jego stolicy i nie zaluje, ze tu
przyjechalam, bo to przepiekny kraj. Podoba mi sie chyba bardziej niz
Tajlandia, chociaz ruiny w Ayutthayi i te w Sukhothaiu (ktore zwiedzalam
na, uwaga, uwaga, rozowym rowerze) sa naprawde ladne i warte
zobaczenia. Tak samo gory w okolicach Chiang Mai, w ktore wybralam sie
na dwudniowy trekking po wijacych sie wsrod bambusow i bananowcow
sciezkach, w ramach ktorego odwiedzilismy tez jaskinie, w ktorej podobno
mieszkaja i medytuja mnisi (na nasza wizyte gdzies sie schowali) i
plyalismy kolo wodospadu, co bylo cudowne. W cene wliczone bylo tez cos
co dumnie opisano jako "white water rafting", ale niestety w praktyce
sprowadzalo sie to do plyniecia pontonem, w kasku i kamizelce, raczej
spokojna rzeka.
Z Chiang Mai pojechalam na Mekong i, przeplywajac na jego druga strone,
opuscilam Krolestwo Tajlandii, by z kolei znalezc sie w Demokratycznej
Republice Ludowej. I tak jak w Tajlandii wszechobecne byly portrety
krola, tak tutaj wszechobecne sa flagi z sierpem i mlotem, zwykle
wywieszone obok flagi panstwowej.
Zwiedzanie Laosu rozpoczelam od dwudniowego rejsu w dol Mekongu. Widoki
byly przepiekne - rzeka wije sie wsrod pokrytych zielenia i fioletowymi
kwiatami gor, co jakis czas na brzegu widac niewielkie wioski, ludzi
robiacych pranie lub lowiacych ryby, bawiace sie dzieci i pasace sie
zwierzeta. Na noc zatrzymalismy sie w wiosce Pak Beng, ktora zdaje sie
istniec tylko po to, by mogly sie w niej zatrzymac lodki, ktore, ze
wzgledu na wystajace z wody skaly i ogolnie trudne warunki na rzece, nie
moga plynac noca. Sklada sie ona glownie z hoteli i knajp. Gdy
przyplynelismy akurat nie bylo pradu, wiec szukanie pokoju bylo zabawne.
Po dwoch dniach dotarlam do Luang Prabang, drugiego najwiekszego miasta w
Laosie, ktore na pierwszy rzut oka wyglada jak wieksza wioska, a na
drugi jak male miasteczko, ktore jednak pelne jest drogich hoteli,
rownie drogich restauracji i eleganckich butikow. Zaskoczylo mnie to, bo
czytalam, ze Laos to bardzo biedny kraj, ale ceny poki co wszedzie sa
wyzsze niz w Indiach i Tajlandii. Luang Prabang postanowilam zwiedzic na
rowerze, oczywiscie sie zgubilam, wyjechalam poza miasto i znalazlam
przedziwna swiatynie, ktorej sciany ozdabialy malowidla przedstawiajace
ludzi w plomieniach, ludzi pozarenych przez jakies potwory, ludzi
nabitych na pale i inne, rownie urocze, sceny. Nastepnego dnia
pojechalam nad wodospad, kolo ktorego, tak jak w Tajlandii, mozna plywac
i boso, bo nie chcialo mi sie zakladac zdjetych wczesniej butow, gorska
sciezka weszlam na samo jego gore. Widok z gory byl sredni, wiec szybko
zeszlam na dol i wskoczylam do chlodnej, blekitnej wody.
Wczoraj, po koszmarnej calonocnej podrozy po wyboistych, gorskich
drogach, dotarlam do Vientiane. Miasto podoba mi sie srednio. Jest w nim
gorujacy nad jedna w ulic luk triumfalny i bardzo ciekawa wystawa
przedstawiajaca problem, jakim wciaz sa w Laosie pozostalosci po bombach
zrzuconych tu podczas wojny w Wietnamie i prace organizacji zajmujacej
sie konstrukcja protez dla ludzi, ktorzy stracili konczyny, przez bomby
lub z innego powodu. Dla tej wystawy bylo warto odwiedzic Vientiane.
No i to chyba tyle. Dzisiaj wieczorem jade na samo poludnie Laosu,
ogladac wyspy na Mekongu i, jesli mi sie poszczesci, rowniez zagrozone
wyginieciem delfiny rzeczne.
Ostatnie tygodnie nauczyly mnie bardziej doceniac dwie wielkie zdobycze
kultury zachodniej: przestrzen osobista, w ktora nie nalezy sie innym
ludziom wpychac, i swiadomosc, ze to, co robimy, moze przeszkadzac innym
i ze w pewnych sytuacjach z tego wlasnie powodu powinnismy sie od tego
powstrzymac. W Indiach ludzie stojac za mna w kolejce (jesli juz stoja w
kolejce, zamiast rozpychac sie rekami i nogami) przyklejaja mi sie do
plecow, a wsiadajac noca do pociagu, w ktorym wszyscy inni pasazerowie
spia lub probuja spac, zapalaja swiatla i rozpoczynaja dluga, glosna
rozmowe. Bywa tez, ze faceci specjalnie wchodza mi w kadr i z oblesnym
usmiechem ustawiaja sie miedzy mna, a tym, co akurat probuje
sfotografowac (ale to kolejna historia z cyklu irytujacy faceci).
Tyle narzekania. Odkad spotkalam sie z Gabrielem w Bangalore widzialam
tez duzo ciekawych i pieknych miejsc. Samego Bangalore raczej do nich
nie zaliczam, chociaz znalezlismy tam ladny ogrod botaniczny i chyba
jeszcze ladniejszy park, w ktorym nietoperze lataly nam nad glowami.
Mysore tez mnie nie zachwycil, chociaz znajduje sie w nim przepiekny
palac, w ktorym, niestety, nie mozna robic zdjec (z tymi zdjeciami to w
ogole jest ciekawa sprawa, bo Hindusi co chwile robili je telefonami i
nikt nie zwracal na to uwagi). Palac wyglada jeszcze piekniej oswietlony
w nocy, czego niestety tez nie sfotografowalam, bo zobaczylam to
dopiero z okien autobusu do Kochi.
Po wizycie w Mysore dotarlismy do Kerali, ktora stala sie jednym z moich
ulubionych miejsc w Indiach. Po pierwsze jest przepiekna, pelna
kanalow, wzdluz ktorych rosna miedzy innymi palmy kokosowe, bananowce,
ananasy i pieprz. Woda i zielen, czyli to, co lubie najbardziej. Po
drugie jest tez ciekawa ze wzgledu na dziwne polaczenie chrzescijanstwa i
komunizmu. Poniewaz zyje tu duzo chrzescijan i rzadzi parta
komunistyczna, na ulicach koscioly i napisy gloszace, ze jest to panstwo
Boga i chwalace Jezusa przeplataja sie z czerwonymi flagami z sierpem i
mlotem.
W Kerali zrobilam tez to, na co mialam ochote juz od dawna, czyli
wybralam sie na plaze. Piekna, pod czerwonym klifem, z duzymi falami i
miekkim piaskiem. Plywalam w morzu, a potem siedzialam pod wypozyczonym
parasolem i pilam sok z kokosa i bylo cudownie.
Teraz jestem w Kanyakumari, na poludniowym krancu Indii, gdzie, wedlug
mojego przewodnika, spotykaja sie trzy morza. Przyjemnie tu, chociaz
wiekszosc nadmorskich uliczek zastawiona jest straganami z badziewiem,
ktore znalezc mozna chyba w kazdym turystycznym, nadmorskim miasteczku.
Jest to jednak miasteczko nastawione raczej na turystow i pielgrzymow z
Indii niz na tych z zachodu, co poznac mozna po tym, ze badziewie jest
gorszej jakosci i mniej hipisowskie. Nie ma tybetanskich sklepow, sa za
to plastikowe, kiczowate figurki przedstawiajace bogow. Tak czy inaczej,
jest przyjemnie, silny wiatr pachnie sola, a miasto pelne jest ubranych
na czarno pielgrzymow, wedlug Gabriela wyznawcow Shivy.
Nastepna notke napisze juz chyba z Tajlandii (troche sie stresuje
podroza do kolejnego kraju). W Indiach zostal mi juz tylko tydzien,
ktory spedze odwiedzajac kilka miast w Tamil Nadu.
Darjeeling nie przestal mi sie podobac. Wrecz przeciwnie, w ciagu czterech dni, ktore tam spedzilam, jeszcze bardziej polubilam to miasto. Inna sprawa, ze co chwile sie w nim gubilam, bo umieszczona w moim przewodniku mapa jest niedokladna i nie uwzglednia wzniesien, schodkow, waskich sciezek i tego, ze niektore z nich biegna niemalze ludziom przez podworka. Ale z pomoca przyjaznych miejscowych dotarlam wszedzie tam, gdzie chcialam. Zwiedzilam plantacje herbaty i kilka buddyjskich klasztorow. Wybralam sie na przyjemny spacer do pobliskiego miasteczka Ghoom. No i codziennie ogladalam najbardziej irytujace chmury swiata, ktore calkowicie skryly Himalaje. Ich kawalek udalo mi sie zobaczyc dopiero ostatniego dnia, kiedy, zachecona bezchmurnym niebem o trzeciej nad ranem, zwleklam sie z lozka i wybralam sie na Tiger Hill obejrzec wschod slonca. Przy sprzyjajacych warunkach atmosferycznych z tego wzgorza mozna zobaczyc kilka najwyzszych szczytow swiata. Gdy ja tam dotarlam, pojawily sie chmury i przez jakis czas patrzylam na mgle. Dopiero po jakims czasie sposrod niebiesko-bialych chmur wylonil sie surowy, przykryty sniegiem szczyt trzeciej najwyzszej gory swiata (ktorej nazwe umiem wymowic, ale nie umiej jej zapisac). Patrzylam oczarowana i bylam szczesliwa, chociaz jednoczesnie myslalam, ze palce odpadna mi z zimna (w Darjeelingu bylo zimno, wracajac z Tiger Hill po wschodzie slonca widzialam szron).
Nastepnie pojechalam do Kolkaty, znanej rowniez jako Kalkuta. Balam sie tego etapu podrozy, bop o Delhi wcale nie mialam ochoty na wielkie indyjskie miasta, ale to zrobilo na mnie dobre wrazenie, chociaz przywitalo mnie taksowkarzem, ktory mnie naciagnal, a potem, jak gdyby nigdy nic, wreczyl mi swoja wizytowke, zebym do niego zadzwonila, kiedy bede chciala gdzies pojechac. Ale przechodzenie przez ulice szlo mi w miare sprawnie, wiec spokojnie spacerowalam po miescie, ogladajac budynki, ktore zostaly po Brytyjczykach i klimatyczny, zarosniety cmentarz z grobami z XVIII I XIX-wiecznymi grobami. Wybralam sie tez do slynnej swiatyni Kali. Na szczescie towarzyszylo mi mlode indyjskie malzenstwo z Mumbaiu, ktore poznalam w Darjeelingu, bo bez nich, chyba od razu bym stamtad uciekla. Gdy tylko weszlam do srodka, znalazlam sie w tlumie ludzi, ktorzy rekami i nogami przepychali sie, zeby dostac sie do miejsca, w ktorym mozna ofiarowac bogini kwiaty (te kwiaty, rozowe wokol pojedynczej swiecy, wygladaly calkiem ladnie, ale widzialam je tylko przez ulamek sekundy, zanim ktos pchnal mnie do tylu cala masa ciala. Bylam juz w kilku swiatyniach i czesc z nich byla zatloczona, ale w zadnej z nich ludzie nie zachowywali sie tak brutalnie (podobne wrazenia mieli towarzyszacy mi Sanjay i Geetanjali). W koncu Sanjay lokciami wywalczyl nam droge na zewnatrz i szybko stamtad ucieklismy. W sumie najbardziej w calej tej swiatyni podobaly mi sie sprzedawane przed nia male, okragle ciasteczka.
Mumbai spodobal mi sie, tak jak Kolkata, chociaz widzialam w nim duzo wiecej biedy (ale mniej zebrakow). Tuz przed ladowaniem na tamtejszym lotnisku przelatywalismy nad slumsami o dachach z blachy i folii. Potem, jadac po hotelu, moglam ogladac nowoczesne wiezowce, nadmorska promenade i drogie kawiarnie, ale chwile pozniej, w jakiejs przypadkowej uliczce, znow pojawialy sie jakies ni to domy, ni to szalasy, w ktorych przestrzen zajmowana przez jedna rodzine z zewnatrz wydawala sie byc mniejsza niz moj pokoj hotelowy (a juz na pewno mniejsza niz salon w moim domu w Polsce). Przez trzy dni, ktore tam spedzilam, natykalam sie na podobne kontrasty i bylo mi troche glupio, ze dobrze sie bawilam w tej drozszej czesci Mumbaiu. Poniewaz chodzi o Mumbai, musze wspomniec o tym, ze niestety nie zostalam gwiazda Bollywoodu. Ale Geetanjali, z ktora spedzilam sporo czasu w Kolkacie, jest aktorka I niedlugo ma zaczac grac w filmach, wiec niewykluczone, ze za jakis czas bede miala wtyke w indyjskim przemysle filmowym.
Teraz jestem w Hampi, ktore zdecydowanie jest jednym z najpiekniejszych miejsc, jakie widzialam podczas tej podrozy. To mala wioska nad rzeka, a otaczajacy ja krajobraz wypelniaja palmy, bananowce, ruiny swiatyn i palacow i pokryte glazami wzgorza. Tu wlasnie spedzilam cztery ostatnie dni, chodzac na spacery i pijac lassi w knajpie nad rzeka. Jest tu tak pieknie, ze moglabym patrzec i patrzec , ale dzisiaj wieczorem jade do Bangalore, do ktorego nie chce jechac, ale musze, bo wlasnie tam przylatuje Gabriel. Hotel, w ktorym mamy mieszkac zostal zarezerwowany przez Gabriela i sprawdzajac jego lokalizacje, natknelam sie na dwie kiepskie recenzje, wiec troche sie boje tego, co tam zastane.
Poza tym zorientowalam sie, ze minela juz jedna trzecia mojej podrozy. Szybciej, niz sie spodziewalam. Trudno mi uwierzyc, ze jestem tu juz tak dlugo.
skomentuj (2)
Darjeeling nie przestal mi sie podobac. Wrecz przeciwnie, w ciagu czterech dni, ktore tam spedzilam, jeszcze bardziej polubilam to miasto. Inna sprawa, ze co chwile sie w nim gubilam, bo umieszczona w moim przewodniku mapa jest niedokladna i nie uwzglednia wzniesien, schodkow, waskich sciezek i tego, ze niektore z nich biegna niemalze ludziom przez podworka. Ale z pomoca przyjaznych miejscowych dotarlam wszedzie tam, gdzie chcialam. Zwiedzilam plantacje herbaty i kilka buddyjskich klasztorow. Wybralam sie na przyjemny spacer do pobliskiego miasteczka Ghoom. No i codziennie ogladalam najbardziej irytujace chmury swiata, ktore calkowicie skryly Himalaje. Ich kawalek udalo mi sie zobaczyc dopiero ostatniego dnia, kiedy, zachecona bezchmurnym niebem o trzeciej nad ranem, zwleklam sie z lozka i wybralam sie na Tiger Hill obejrzec wschod slonca. Przy sprzyjajacych warunkach atmosferycznych z tego wzgorza mozna zobaczyc kilka najwyzszych szczytow swiata. Gdy ja tam dotarlam, pojawily sie chmury i przez jakis czas patrzylam na mgle. Dopiero po jakims czasie sposrod niebiesko-bialych chmur wylonil sie surowy, przykryty sniegiem szczyt trzeciej najwyzszej gory swiata (ktorej nazwe umiem wymowic, ale nie umiej jej zapisac). Patrzylam oczarowana i bylam szczesliwa, chociaz jednoczesnie myslalam, ze palce odpadna mi z zimna (w Darjeelingu bylo zimno, wracajac z Tiger Hill po wschodzie slonca widzialam szron).
Nastepnie pojechalam do Kolkaty, znanej rowniez jako Kalkuta. Balam sie tego etapu podrozy, bop o Delhi wcale nie mialam ochoty na wielkie indyjskie miasta, ale to zrobilo na mnie dobre wrazenie, chociaz przywitalo mnie taksowkarzem, ktory mnie naciagnal, a potem, jak gdyby nigdy nic, wreczyl mi swoja wizytowke, zebym do niego zadzwonila, kiedy bede chciala gdzies pojechac. Ale przechodzenie przez ulice szlo mi w miare sprawnie, wiec spokojnie spacerowalam po miescie, ogladajac budynki, ktore zostaly po Brytyjczykach i klimatyczny, zarosniety cmentarz z grobami z XVIII I XIX-wiecznymi grobami. Wybralam sie tez do slynnej swiatyni Kali. Na szczescie towarzyszylo mi mlode indyjskie malzenstwo z Mumbaiu, ktore poznalam w Darjeelingu, bo bez nich, chyba od razu bym stamtad uciekla. Gdy tylko weszlam do srodka, znalazlam sie w tlumie ludzi, ktorzy rekami i nogami przepychali sie, zeby dostac sie do miejsca, w ktorym mozna ofiarowac bogini kwiaty (te kwiaty, rozowe wokol pojedynczej swiecy, wygladaly calkiem ladnie, ale widzialam je tylko przez ulamek sekundy, zanim ktos pchnal mnie do tylu cala masa ciala. Bylam juz w kilku swiatyniach i czesc z nich byla zatloczona, ale w zadnej z nich ludzie nie zachowywali sie tak brutalnie (podobne wrazenia mieli towarzyszacy mi Sanjay i Geetanjali). W koncu Sanjay lokciami wywalczyl nam droge na zewnatrz i szybko stamtad ucieklismy. W sumie najbardziej w calej tej swiatyni podobaly mi sie sprzedawane przed nia male, okragle ciasteczka.
Mumbai spodobal mi sie, tak jak Kolkata, chociaz widzialam w nim duzo wiecej biedy (ale mniej zebrakow). Tuz przed ladowaniem na tamtejszym lotnisku przelatywalismy nad slumsami o dachach z blachy i folii. Potem, jadac po hotelu, moglam ogladac nowoczesne wiezowce, nadmorska promenade i drogie kawiarnie, ale chwile pozniej, w jakiejs przypadkowej uliczce, znow pojawialy sie jakies ni to domy, ni to szalasy, w ktorych przestrzen zajmowana przez jedna rodzine z zewnatrz wydawala sie byc mniejsza niz moj pokoj hotelowy (a juz na pewno mniejsza niz salon w moim domu w Polsce). Przez trzy dni, ktore tam spedzilam, natykalam sie na podobne kontrasty i bylo mi troche glupio, ze dobrze sie bawilam w tej drozszej czesci Mumbaiu. Poniewaz chodzi o Mumbai, musze wspomniec o tym, ze niestety nie zostalam gwiazda Bollywoodu. Ale Geetanjali, z ktora spedzilam sporo czasu w Kolkacie, jest aktorka I niedlugo ma zaczac grac w filmach, wiec niewykluczone, ze za jakis czas bede miala wtyke w indyjskim przemysle filmowym.
Teraz jestem w Hampi, ktore zdecydowanie jest jednym z najpiekniejszych miejsc, jakie widzialam podczas tej podrozy. To mala wioska nad rzeka, a otaczajacy ja krajobraz wypelniaja palmy, bananowce, ruiny swiatyn i palacow i pokryte glazami wzgorza. Tu wlasnie spedzilam cztery ostatnie dni, chodzac na spacery i pijac lassi w knajpie nad rzeka. Jest tu tak pieknie, ze moglabym patrzec i patrzec , ale dzisiaj wieczorem jade do Bangalore, do ktorego nie chce jechac, ale musze, bo wlasnie tam przylatuje Gabriel. Hotel, w ktorym mamy mieszkac zostal zarezerwowany przez Gabriela i sprawdzajac jego lokalizacje, natknelam sie na dwie kiepskie recenzje, wiec troche sie boje tego, co tam zastane.
Poza tym zorientowalam sie, ze minela juz jedna trzecia mojej podrozy. Szybciej, niz sie spodziewalam. Trudno mi uwierzyc, ze jestem tu juz tak dlugo.
skomentuj (0)
Ostatnim miejscem jakie odwiedzilam w Rajasthanie byl Pushkar - swiete miasto Brahmy. Biale domki nad jeziorem wygladaly malowniczo, podobnie wznoszace sie wokol miasta wzgorza, ale niestety ja nie czulam tej swietosci. Po pierwsze, w Pushkarze teoretycznie zabronione jest spozywanie miesa, jajek i alkoholu, ale wszystkie te produkty mozna dostac spod lady, proponowane konspiracyjnym szeptem przez kelnerow i wystawionych przez restauracje naganiaczy. Po drugie, duzo tu swiatyn, ale jeszcze wiecej sklepow zorientowanych na turystow. Po trzecie, kaplani (nie wiem, czy prawdziwi) przyjaznie proponujacy wrzucenie swietych kwiatow do swietego jeziora, a potem rzadajacy sporych sum pieniedzy tez raczej nie buduja atmosfery swietosci. Ale mimo to w Pushkarze bawilam sie dobrze, chociaz raczej konsumpcyjnie niz refleksyjnie. Duzo czasu spedzilam w moim hotelu, ktory atmosfera przypominal pole namiotowe. Siedzilam sobie w cieniu i pilam ananasowe lassi, rozmawiajac z przypadkowymi ludzmi. Poza tym wybralam sie na zakupy i wreszcie nabylam troche ciuchow, ktore teraz musze ze soba wozic.
Z Pushkaru pojechalam do Agry, tylko na jeden dzien, tylko po to, zeby zobaczyc Taj Mahal. Moge powiedziec, ze warto. Oczywiscie, wiedzialam, jak wyglada, ale i tak zrobil na mnie wrazenie. To przepiekny, subtelny budynek, a tuz po wschodzie slonca nie ma w nim jeszcze tlumow zwiedzajacych i mozna spokojnie cieszyc sie jego atmosfera. Reszte dnia spedzilam wloczac sie po Agrze z poznana w przechowalni bagazu dziewczyna z Norwegii, a wieczorem wsiadlam w pociag do Varanasi, ktory ostatecznie byl opozniony o niecale piec godzin. Wtedy myslalam, ze to duzo, ale dopiero nastepny pociag, z Varanasi do New Jalpaiguri, pokazal mi, czym jest prawdziwe opoznienie. Z Varanasi mial odjechac tuz po szostej wieczorem. Odjechal tuz po czwartej rano, a do New Jalpaiguri dotarl opozniony o dwanascie godzin, co z kolei opoznilo moj przyjazd do Darjeelingu o jeden dzien.
Varanasi jest niezwykle. Poki co to jedno z moich ulubionych miejsc w Indiach. Oczywiscie ma swoje wady, takie jak tlok i halas na glownych ulicach i brud na waskich uliczkach, czesto blokowanych przez krowy, ale nie sa one w stanie zniszczyc magii spaceru wzdluz Gangesu. Idac zbudowanymi na jego brzegu schodami oglada sie wiele scen z codziennego zycia. Ludzie robia pranie i susza ubrania. Czesc kapie sie w rzece, wcierajac w siebie swieta (i niemilosiernie brudna) wode. Czesc sie modli. Dzieci graja w krykieta i puszczaja latawce. Inne dzieci handluja pocztowkami. W dwoch specjalnie wyznaczonych miejscach leza wielkie stosy drewna i plona stosy pogrzebowe. Zlozylo sie tak, ze moj hotel znajdowal sie obok miejsca, w ktorym dokonuje sie wiekszosci kremacji, wiec niemalze zawsze, kiedy z niego wychodzilam, natykalam sie na ludzi niosacych przykryte calunem cialo. Przed przyjazdem do Varanasi myslalam, ze taka bliskosc smierci zrobi na mnie wrazenie, ale nie zrobila. Wszystko to bylo bardzo zwyczajne i codzienne, a jednoczesnie niesamowite i magiczne. Nie potrafie tego lepiej opisac, ale zakochalam sie w tym miescie.
Teraz, po wspomnianej juz niefortunnie dlugiej podrozy, jestem w Darjeelingu. Poki co zrobil na mnie bardzo pozytywne wrazenie. Duzo tu pracujacych kobiet, co jest mila odmiana po miastach zdominowanych przez mezczyzn. Powietrze jest zimne. Mozna tu zjesc tybetanskie potrawy. Ludzie traktuja mnie zwyczajnie; kilka razy przeszlam sie pelnym straganow glownym deptakiem i nikt nie zawolal za mna "yes madam, water, bags, shawls, nice postcards!". Nie zaczepil mnie jeszcze zaden facet.
Przez ostatni tydzien z kawalkiem sporo sie przemieszczalam, zwiedzajac Rajasthan, i w zwiazku z tym bardzo dobrze poznalam indyjskie drogi. Sa tragiczne. Wertepy, wertepy i jeszcze raz wertepy. Pasazerami rzuca w gore w dol i na boki, a ze autobusy zwykle sa przepelnione, nieuchronnie prowadzi to do tego, ze ludzie raz po raz na siebie wpadaja i klada sie na tych, ktorzy mieli szczescie zalapac sie na miejsce siedzace. Doswiadczylam tego na wlasnej skorze, kiedy jednak kobieta prawie siadala mi na kolanach, podczas go torebka drugiej znalazla sie dokladnie na mojej szyi. Ale mimo to przestalam juz bac sie miedzymiastowych autobusow. Wiem, ze bedzie w nich tlok i scisk, ale wiem tez, ze zwykle trafia sie w nich sympatyczni ludzie, tacy, jak kobieta, ktora w drodze do Bundi w ramach prezentu kupila mi butelke Mirindy (nie pilam Mirindy chyba od ponad dziesieciu lat). Nocne autobusy tez sa do przezycia, zwlaszcza jesli zaplaci sie za burzujskie miejsce do spania. Mozna sie wtedy polozyc w zamontowanym nad zwyklymi siedzeniami specjalnym przedziale, zasunac zaslonki i, jesli droga nie jest zbyt wyboista, spac.
Z Jaipuru pojechalam do Kekri - wsi, w ktorej nie ma chyba nic ciekawego poza Ramem, sympatycznym couchsurferem. Spedzilam u niego dwie noce, jedzac przepyszne (chociaz czasem bardzo ostre) potrawy, przymierzajac tradycyjne indyjskie stroje i sluchajac duzo o kastach i aranzowanych malzenstwach. Zgodnie z rada Magalie zekrnelam tez na ogloszenia matrymonialne w gazecie, w ktorych przystojni mezczyzni szukaja pieknych, szczuplych, wysokich zon, a piekne i szczuple dziewczyny dobrych mezow. Wszyscy podaja date i godzine urodzenia, wyksztalcenie, zawod, zawod ojca, kaste (nieliczni pisza, ze kasta nie ma znaczenia). Rozumiem teraz mniej wiecej, jak takie aranzowane malzenstwa dzialaja, ale nadal nie miesci mi sie w glowie, ze ciagle sa tak popularne.
Ram poprosil tez corke znajomego, zeby pomalowala mi rece henna, wiec do Bundi dotarlam z dlonmi ozdobionymi pieknymi wzorami. Miasto spodobalo mi sie od razu - jest male, mozna przemieszczac sie po nim piechota, co chwile natykajac sie na swiatynie, ciekawe malowidlo na scianie lub inny interesujacy budynek. Nad miastem wznosi sie XIV-wieczny fort. Jest zaniedbany i zarosniety i to jest cudowne. Dlugo wloczylam sie po tych ruinach, cieszac sie pieknym widokiem na niebieskie domy Bundi, jezioro i wzgorza. Spotkalam tam tez Francuza (jakos mam podczas tego wyjazdu szczescie do Francuzow - w Udaipurze poznalam jeszcze czworo), z ktorym nastepnego dnia wybralam sie obejrzec oddalony od Bundi o trzydziesci kilometrow wodospad. Kocham wodospady, a ten byl cudowny! Spotkalismy tam tez wycieczke szkolna, ktorej opiekunka zaprosila nas na wspolny posilek. Siedzielismy na rozlozownych na ziemi matach, jedzac ostry dal i bardzo slodkie kulki (nie wiem, z czego byly zrobione) na deser, podczas gdy kilku chlopcow z wielkimi kijami w rekach odganialo malpy.
Po intensywnym zwiedzaniu w Bundi, w Udaipurze poddalam sie slodkiemu lenistwu. Owszem, obejrzalam palac, pospacerowalam po miescie i wybralam sie na rejs lodka po jeziorze o zachodzie slonca, ale duzo tez siedzialam na hotelowym tarasie pijac mietowa herbate, palca shishe i grajac w karty z Francuzami. Tutaj tez odkrylam, ze w Indiach najbardziej chyba denerwuja mnie faceci, zwlaszcza ci, ktorzy wolaja za mna "hello, sweetheart". Kto mnie troche zna, powinien wiedziec, jak bardzo nienawidze tego typu facetow. Ignoruje ich i naprawde staram sie nie zyczyc im zle, ale jednoczesnie jakas czesc mnie pragnie, zeby rozbili sie na tych swoich motocyklach.